29 kwietnia 2020

CHAPTER ONE: The Prom Queen

Listopad 2020

Podciągnęła prędko zwisające przy kostkach koronkowe figi; starannie dobrane rankiem do pasującego biustonosza, którego ramiączko obsunęło się ze smukłego ramienia. Chwyciła między palce materiał i bez większych ceregieli przeniosła z powrotem na odpowiednie miejsce.

— Widzimy się na przerwie obiadowej? — padło pytanie, kiedy Ben uporał się z paskiem od swoich spodni.

Podniósł głowę. W szarych oczach kryła się odrobina zaskoczenia.

— Myślałem, że masz trening.

— Bo mam — odpowiedziała od razu Beverly, uśmiechając się zalotnie. — Uznałam, że jako kapitan nie potrzebuję poświęcania im aż takiej ilości czasu, co one. Jestem przecież najlepsza — dodała z niewymuszoną pewnością siebie w głosie.

Blondyn pokręcił z rozbawieniem głową. Nachylił się i pocałował swoją dziewczynę soczyście w jej pełne usta.

— Oczywiście, że jesteś, Bev.

Byli jedną z tych licealnych par, które rządziły całą szkołą — piękni, młodzi oraz obrzydliwie bogaci. Ojciec Bena zarządzał międzynarodową firmą, przez co często wylatywał w delegacje. Imprezy pod nieobecność pana Hanscoma były jednymi z najhuczniejszych w miasteczku. Matki nie znał, chociaż domyślał się ze względu na rozwiązły tryb życia staruszka, czym mogła się zajmować. Natomiast rodzice rudowłosej byli prawnikami, spodziewającymi się, że córka pójdzie w ich ślady. Ta zdecydowanie wolała upijanie się do nieprzytomności co weekend oraz szybkie numerki między lekcjami ze swoim chłopakiem. Cóż zrobić. Dzieci rzadko spełniają marzenia ojców i matek. Zwłaszcza takie, które żyją w przeświadczeniu, że należy im się wszystko.

Przygodny seks zaraz po meczu otwierającym sezon w pierwszej klasie uświadomił tę dwójkę, że są dla siebie stworzeni. W końcu czy istniało lepsze połączenie niż kapitan drużyny footballowej oraz kapitan drużyny cheerleaderek? Marsh poczuła jego przenikliwe spojrzenie na swoim tyłku, gdy podczas rozpoczęcia roku szkolnego stanęli razem wśród innych uczniów z ich klasy. Odwróciła się, zmierzyła chłopaka wzrokiem i zatrzymała go na szarych tęczówkach Hanscoma. Już wtedy wiedziała, że zrobi wszystko, by ten cud-chłopak stał się jej własnością.

Role bardzo szybko się odwróciły, czego oczywiście kapitan cheerleaderek zarzekała się niczym ognia za każdym razem, gdy ktoś cokolwiek zauważył. Bez mrugnięcia okiem wmawiała innym, a przede wszystkim samej sobie, że kolejny ciemnofioletowy siniak to tylko pamiątka po męczącym treningu. Z przekonaniem w głosie tłumaczyła każdy występek swojego chłopaka, znajdując coraz to bardziej zawiłe powody, dlaczego tak, a nie inaczej postąpił. Widziała w Benie Hanscomie nie tylko miłość życia, lecz zagubionego chłopca, którym ona miała za zadanie się opiekować i być może pewnego dnia w końcu naprawić. Kiedy pijany wyzywał nastolatkę od najgorszych lub ciągnął za włosy, chcąc skutecznie wybić z głowy imprezę bez niego, przyjmowała to ze słabym uśmiechem oraz cichym, spokojnym: już dobrze, jestem tu, kocham cię. Nierzadko, to właśnie Beverly przepraszała pierwsza nawet za coś, czemu nie była winna. Nieważne ile razy ją skrzywdził, zawsze mu wybaczała.

Lipiec 2020

Inaczej wyobrażała sobie te wakacje; mieli spędzić je razem, wyjechać na parę tygodni poza Derry i wrócić brązowi od kalifornijskiego słońca. Dlatego, gdy Ben raczył poinformować ją o zmianie planów, tupnęła nogą, jak dziecko.

— To miał być nasz czas. Tylko nasz — bruknęła, nie kryjąc niezadowolenia. — Odnoszę wrażenie, że bandę durnych, kipiących testosteronem kolesi stawiasz wyżej ode mnie.

— Przystopuj trochę, Bev. Mojry są dla ciebie tak samo ważne, co dla mnie Herosi. Nie pozwolę, byśmy przez jakiś głupi wyjazd stracili nasz tytuł.

— Głupi wyjazd? — powtórzyła nastolatka i poczuła, jak serce jej pęka. Po raz kolejny. — Więc mam rozumieć, że spędzanie czasu ze mną jest dla ciebie głupie?

— Ty jesteś głupia, myśląc, że zaprzepaszczę taką szansę — powiedział Hanscom, patrząc swojej dziewczynie prosto w oczy. — Daj już spokój. Za rok gdzieś pojedziemy.

Machnął ręką, po czym powrócił do hantli. Marsh chwilę jeszcze stała z założonymi na piersi rękoma, po prostu patrząc na blondyna z niedowierzaniem, aż w końcu westchnęła ciężko i zostawiła go samego. Skoro tak chciał się bawić, proszę bardzo. Ona nie zamierzała tracić wolnego czasu na rzeczy związane ze szkołą. Miała całe dwa miesiące na wykorzystanie ich jak najlepiej.

Sierpień 2020

Wzbraniała się, jak tylko mogła przed uczuciem, które niespodziewanie wkradło się do pokaleczonego serca rudowłosej. Była rozdarta między tym, co znała i czego pragnęła. Próbowała jakoś wbić do swej głowy, że nie powinna w ogóle o tym myśleć, ale pokusa okazała się znacznie silniejsza niż wola Beverly. A kiedy już pozwoliła sobie na moment słabości... przepadła bez reszty dla Billa Denbrougha.

Zaczęło się całkiem niewinnie. Upalnego, sierpniowego wieczoru; wystrojona dla swojego chłopaka Marsh — który wreszcie zgodził się zrobić przerwę od boiska — czekała na Hanscoma przy kasie biletowej. Dochodziła dziewiętnasta, a to oznaczało, że film, który wybrali, startował za parę minut. Blondyna jeszcze nie było i choć wszystko wskazywało, że tak zostanie, rudowłosa piękność uparcie wybijała rytm długimi, wypielęgnowanymi paznokciami o blat przed nią.

— Niech zgadnę... dietetyczna cola dla naszej mistrzyni? — usłyszała za swoimi plecami znajomy głos.

Zerknęła przez ramię. Przewodniczący Derry High we własnej osobie. Tak jakby wcale nie miała dosyć ludzi w tamtej chwili.

— Odpuść, Bill — mruknęła w odpowiedzi. — Nie mam nastroju.

— Idzie zauważyć — stwierdził chłopak, stanąwszy obok niej. — Wszystko w porządku?

Już miała go spławić, co robiła za każdym razem, gdy ktoś pytał o samopoczucie Beverly, kiedy nagle coś ją tknęło, żeby postąpić inaczej. Odwróciła się twarzą do Denbrougha; kąciki ust dziewczyny drgnęły w zmęczonym uśmiechu.

— Ben mnie wystawił. Powinnam była się tego spodziewać, sam przecież mówił, jak ciężko u niego z czasem. Głupia jestem i tyle. — Jak zwykle wzięła całą winę na swoje barki. Odrzuciła włosy do tyłu, złapała za butelkę coli i pociągnęła łyk. — Więc nie. Nie jest w porządku.

Bill zmarszczył brwi.

— Po pierwsze: nie jesteś głupia, Beverly — zaczął, kładąc dłoń na ramieniu rówieśniczki. — Po drugie: tak się składa, że Eddie w ostatniej chwili dał mi znać, że jednak nie przyjdzie, więc jestem w podobnej sytuacji. Myślałem o obejrzeniu filmu w pojedynkę, ale... gdybyś chciała mi towarzyszyć, będę zaszczycony. — Uśmiechnął się przyjaźnie. — Aczkolwiek nie czuj presji.

***

Po kinie wyciągnął ją na krótki spacer i przekonał do zjedzenia batonika na pół (martwił się o to, że może być głodna), zarzekając się, że wcale nie miał aż tak dużo kalorii. Usiedli na murku przy fontannie na rynku — konstrukcja była chlubą miasta: sześć kolorowych strumieni wody tryskających prosto z dziur w kostce chodnikowej dawało powalający efekt, zwłaszcza nocą. Ruda zaciągnęła się porządnie świeżym, pachnącym chlorem powietrzem.

— Nawet nie sądziłam, że w Derry może być tak przyjemnie — wyznała i spojrzała na rozgwieżdżone niebo.

Przez światła latarni średnio było widać cokolwiek, ale jakoś udało się jej dostrzec parę gwiazd. Chociaż może były to satelity lub coś jeszcze innego.

— A widzisz? To miasto kryje niejedno — zaśmiał się towarzysz.

— Przyznaję, dość trudno mnie zaskoczyć.

— Ach, tak? — odparł, powoli wstając. — No to zobaczymy! — zawołał, po czym w okamgnieniu wziął ją na ręce i pobiegł w stronę wody.

— BILL! PRZESTAŃ! CO TY ROBISZ?! DENBROUGH! DO CHOLERY JASNEJ, PUSZCZAJ! — Beverly wierzgała jak dziki rumak, mimo to nie udało się dziewczynie uwolnić z ramion chłopaka.

Przemknął przez sam środek, cały czas z rudowłosą w swoich ramionach, mocząc tym samym ich oboje do suchej nitki. Odstawił cheerleaderkę na ziemię, dopiero gdy przebiegł przez ostatni ze strumieni. Widząc jej minę, nie potrafił powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem.

— PRZESTAŃ RŻEĆ, DEBILU! — warknęła, jednak nie dała rady zbyt długo się na niego złościć. Dobry humor przewodniczącego udzielił się i jej. Odchyliła głowę do tyłu, śmiejąc się równie głośno. — Jesteś niemożliwy! A niech cię, Denbrough!

***

Jeszcze nigdy wcześniej nie czuła się przy drugiej osobie taka wolna. Bill każdego dnia pokazywał Beverly, jak wiele dla niego znaczyła. Zasypywał komplementami, zabierał na potajemne randki, traktował niczym prawdziwą księżniczkę. Bała się nawet pomyśleć o tym, co zrobiłby Ben, gdyby się dowiedział. Właśnie dlatego, mimo że była dzięki Denbroughowi szczęśliwsza niż kiedykolwiek, musiała wrócić na ziemię. Zbliżał się początek roku szkolnego, co za tym szło: powrót do dawnego życia. Nawet jeśli kochanek dawał rudowłosej to, czego jej chłopak nie był w stanie — nie mogła przecież zerwać z Hanscomem. Relacja między nią a Billem od samego początku była skazana na porażkę. Oboje tkwili w iluzji, że mogłoby być inaczej. To ciężka decyzja, lecz Marsh nie widziała innego rozwiązania, jak zakończyć tę ich wakacyjną sielankę.

Najpierw przyszło dziewczynie do głowy, żeby zacząć ignorować Denbrougha. Zaraz jednak opamiętała się; po tym, co dla niej zrobił, nie powinna się odwdzięczać w tak podły sposób. Zdobyła się zatem na odwagę i poprosiła go o spotkanie. Przez targające nią nerwy miała problem z wykrztuszeniem z siebie, o co tak naprawdę jej chodziło. Gdy wreszcie udało się cheerleaderce wziąć głęboki oddech, a potem poskładać zdania w całość, Billa kompletnie zbiło z tropu jej podejście do sprawy.

— Nie rozumiem, Bevie... Przecież on cię w ogóle nie kocha! Traktuje jak ostatnią szmatę, koło zapasowe. Nie widzisz tego? — oburzył się. Wbity w ziemię wzrok Marsh mówił sam za siebie. — Jak możesz być tak ślepa?! Kurwa, Bev! Myślałem, że to, co nas łączy jest wyjątkowe!

— Bo jest, przecież wiesz...

— Skoro tak, dlaczego chcesz z tego zrezygnować, huh? Dla jakiegoś prostaka z kasą?!

— Billy, uspokój się, proszę.

— JESTEM SPOKOJNY! — krzyknął niespodziewanie, przez co dziewczyna aż się wzdrygnęła. — JESTEM PIERDOLONĄ LILIĄ WODNĄ NA PIERDOLONEJ TAFLI WODY!

Westchnęła ciężko. Miał prawo do złości, ale nie rozumiała, dlaczego aż tak się uniósł. Przecież spotykali się tylko przez miesiąc i okej, czuła coś do niego, ale potrafiła rozróżnić marzenia od rzeczywistości. W realnym świecie ich związek nie miał prawa bytu. Należała do Bena, nawet jeśli momentami tego nienawidziła. Miał swoje za uszami, ale nie wyobrażała sobie być u boku kogokolwiek innego. Bill Denbrough, który sprawił, że poznała smak czegoś znacznie prawdziwszego, nie stanowił wyjątku.

— Przepraszam, Billy.

Nerwowy śmiech, jaki wydobył się spomiędzy warg blondyna, sprawił, że rudowłosa poczuła się dziwnie nieswojo. Zagryzła policzek od środka.

— Przepraszasz? Serio, Beverly? — Złapał się za głowę. — Chyba nie rozumiesz, co właśnie zrobiłaś... To nie tak, że zapomniałaś o moich urodzinach czy spóźniłaś się godzinę na randkę.

— Słuchaj, ja-

— ZAMKNIJ SIĘ! — warknął, mrużąc wściekle oczy. Nigdy wcześniej tak się nie zachowywał. — ZŁAMAŁAŚ MI SERCE, A JEDYNE, NA CO CIĘ STAĆ TO PIERDOLONE PRZEPROSINY?! — Wbił pełne żalu spojrzenie w jej zielone tęczówki. — Żałuję, że w ogóle się do ciebie odezwałem. Wtedy, w kinie. Powinienem wiedzieć, że ktoś taki jak ty gówno wie o uczuciach. Kurwa, nie wierzę, że mogłem być aż tak głupi! Bill Denbrough, proszę państwa, kolejny frajer, który zakochał się w pieprzonej Beverly Marsh! — Rozłożył teatralnie ręce; głos miał suchy i szorstki. — Myślałem, że jesteś inna, Bevie. Myliłem się.

Odwrócił się na pięcie z zamiarem odejścia. Mimo szoku, jaki właśnie przeżyła, dziewczyna od razu rzuciła się w stronę oddalającego się chłopaka.

— Billy, poczekaj! Hej, stój!

Zatrzymał się w pół kroku, przez co wpadła na niego. Utkwił wzrok w jej pięknej, perfekcyjnej twarzy i bez jakiejkolwiek emocji na własnej powiedział:

— Trzymaj się ode mnie z daleka.

Zadarła głowę, aby odwzajemnić spojrzenie.

— Okej. Jeśli tego właśnie chcesz.

— Tego właśnie chcę.

— Dobrze.

— Świetnie.

— To koniec — podsumowała Beverly, dalej patrząc Billowi w oczy.

Wszystko działo się tak szybko; w jednej chwili po prostu stali naprzeciwko siebie, a moment później chwycił ją mocno obiema dłońmi i całował tak, jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Rudowłosa zamknęła oczy, całkowicie zatracając się w pocałunku. Z tyłu głowy nastolatki dalej tkwiła wizja niechybnej śmierci, kiedy prawda wyjdzie na jaw, jednak w tamtej chwili nie liczyło się nic poza Denbroughem oraz jego doprowadzającymi Beverly do szaleństwa ustami.

Listopad 2020

Wstała od stolika, zarzucając torebkę na ramię i obdarowała Chloe słodkim niczym cytryna uśmiechem.

— Weź moją tacę, jak skończysz — rzuciła głosem nieznoszącym sprzeciwu. — Do potem! — Posłała koleżance całusa.

Miała jeszcze jakieś dziesięć minut przerwy na spotkanie z Benem, więc szybkim krokiem opuściła stołówkę. Po drodze zatrzymała się przy swojej szafce z zamiarem odłożenia zbędnych książek. Otworzyła drzwiczki; oczom rudej ukazał się śliczny bukiecik wetknięty między jej rzeczy. Zmarszczyła nos. Dostawała kwiaty tylko od Billa, a ten nie ośmieliłby się podarować nastolatce ich w tak rzucający się w oczy sposób. Ben kupował Beverly prezenty tylko, gdy ostro się pokłócili, więc i on odpadał. Złapała za karteczkę przypiętą do jednego z liści, żeby dowiedzieć się, kim był tajemniczy wielbiciel.

Jak myślisz, co powiedzą rodzice, kiedy wyślę im filmik z twoim brawurowym występem?

Przerażona treścią, odskoczyła jak oparzona od kwiatów. Powycinane z gazet kolorowe litery mówiły same za siebie: ktoś jej groził. Bycie królową szkoły wiązało się z pewnym rodzajem zagrożenia, Marsh od początku wiedziała, na co się pisze. Niemniej jednak trochę się przestraszyła. Postanowiła zrobić to, co wychodziło kapitan Mojr najlepiej, czyli dobrą minę do złej gry i udać, że tajemniczy prezent wcale nie wywarł na niej wrażenia. Wyjęła bukiet ze środka, zatrzasnęła z hukiem szafkę. Po drodze na boisko cisnęła kwiatami do najbliższego kosza. Nikt nie będzie sobie z nią pogrywać.

Pozostała część dnia minęła Beverly spokojniej — spotkała się ze swoim chłopakiem, a po skończonych zajęciach poszła razem z Chloe na zakupy do świeżo otworzonego butiku niedaleko szkoły. Kiedy wróciła wieczorem do domu, czuła delikatne zmęczenie. Wzięła gorącą kąpiel, po czym wsunęła się pod kołdrę ze swoim cholernie drogim smartfonem w dłoni. Poszperała trochę w Internecie, aż nie zaczęła być senna. Już miała odłożyć komórkę na szafkę nocną, gdy ta rozbrzmiała nagle; na ekranie wyświetlił się nieznany nastolatce numer. Zastanowiła się moment, czy powinna, ale koniec końców nacisnęła zieloną słuchawkę i przystawiła urządzenie do ucha.

— Dodzwoniłeś się do samej królowej, gratuluję! Streszczaj się, nie mam czasu na pogaduszki. No, chyba że masz dla mnie główną wygraną w lotto — zamruczała z uśmiechem.

— Beverly Marsh. — Zniekształcony głos zjeżył rudej włosy na całym ciele. — Nagranie, o którym wspomniałem w liście, trafi do skrzynki odbiorczej twojego ojca.

Miała ochotę rozłączyć się i cisnąć telefonem o podłogę. Nie zrobiła tego jednak; po tonie nieznajomego wywnioskowała, że nie żartował.

— Jest tylko jedno, co możesz zrobić, aby tego uniknąć. Zdradzisz mi swój największy sekret.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz